Ręceprecz odTybetu


Witamy w serwisie ręceprecz odtybetu
RęcePrecz odTybetu » Ostatni Tybetańczyk

Artykuł



Ostatni Tybetańczyk

źródło: xiahe-tibettravel.info
2008-07-02, dodane przez ręceprecz odtybetu
Kategoria: [ Społeczeństwo ] [ Incydenty ] [ Przemoc ] [ Historia ] [ Chiny ]

Czy Tybetańczycy skazani są na los Indian? Czy będą sprowadzeni do turystycznej atrakcji, folkloru sprzedającego tanie podróbki pradawnej kultury? Taka smutna przyszłość zdaje się coraz bardziej prawdopodobna, a olimpijską atmosferę zdążyły zatruć represje Pekinu spadające na tych, którzy się tej przyszłości przeciwstawiają.

Chińczycy mają wiele na sumieniu, ale dramat Tybetu nie ogranicza się do półkolonialnej opresji. Zapomina się, że w połowie XX wieku wielu Tybetańczyków, zwłaszcza wykształconych mieszkańców dużych miast pragnących modernizacji kraju, widziało w chińskich komunistach sojuszników przeciw rządom mnichów i właścicieli niewolników. Na początku lat 50. sam Dalajlama pisał pod wrażeniem chińskich reform wiersze wychwalające przewodniczącego Mao.
Niestety, zamiast zreformować tybetańskie społeczeństwo i kulturę chińscy komuniści woleli je zniszczyć. W imię urzędowego, marksistowskiego ateizmu wypowiedziano wojnę religii. Podczas rewolucji kulturalnej burzono klasztory i świątynie - często rękami tybetańskiej Czerwonej Straży. Koczowników siłą przenoszono do betonowych bloków. Sztukę Tybetu zredukowano do folkloru promowanej urzędowo "kultury mniejszości". Dalajlamę z jego dworem wygnano do Indii.

Nie była to bynajmniej specyfika Tybetu. Tradycję i kulturę niszczono w całych Chinach. Pod pewnymi względami Tybetańczyków potraktowano lepiej niż chińską większość. I nie tylko komuniści kwestionowali tybetańską odrębność. W 1946 r. generał Czang Kaj-szek ogłosił Tybetańczyków Chińczykami i z pewnością nie przyznałby im niepodległości, gdyby wygrał wojnę domową.

Tybetański buddyzm poniósł wielkie straty, ale chiński komunizm też nie przetrwał XX wieku. Bardziej niszczący okazał się dla tybetańskiej tradycji kapitalizm. Chiny, jak wiele współczesnych imperialistycznych mocarstw, usprawiedliwiają swą politykę dokonaniami materialnymi. Po dekadach regresu i zaniedbania Tybet doznał skutków potężnego modernizującego impulsu chińskiego kapitału i energii. Tybetańczycy nie mogą się skarżyć, że nie objęła ich chińska transformacja przekształcająca kraj Trzeciego Świata w wielkomiejski cud z turbodoładowaniem.

Jednak Tybet zapłacił więcej niż inne chińskie regiony. W całych Chinach pogrzebano pod zwałami betonu, stali i szkła regionalną tożsamość, kulturalne odrębności, tradycyjne sztuki i obyczaje. Wszyscy Chińczycy duszą się tak samo zatrutym powietrzem. Ale mogą być dumni z narodowego przebudzenia, rozkoszować się odrodzeniem chińskiej potęgi i dobrobytu. Tybetańczycy uczestniczą w tych doznaniach tylko w tej mierze, w jakiej chcą być Chińczykami. A jeśli nie chcą, to pozostaje im opłakiwać utraconą tybetańskość.

Chińczycy eksportowali do Tybetu własną wersję nowoczesności nie tylko w formie architektury i infrastruktury, ale także fal siły ludzkiej - biznesmenów z Syczuanu, prostytutek z Hunanu, technokratów z Pekinu, aparatczyków z Szanghaju i sklepikarzy z Junanu. Dzisiejsza Lhasa nie jest już w większości tybetańska. We wsiach nadal większość stanowią Tybetańczycy, ale ich sposób życia ma takie szanse przetrwania chińskiej modernizacji, jak obyczajowość Apaczów w USA.

W tybetańskich szkołach i uniwersytetach obowiązuje chiński, więc każdy, kto chce być czymś więcej niż tylko prostym chłopem, żebrakiem czy handlarzem świecidełek, musi dostosować się do chińskich norm - to znaczy stać się Chińczykiem. Tybetańscy intelektualiści chcący studiować swoją klasyczną literaturę zmuszeni są posługiwać się chińską transliteracją. A chińscy i zagraniczni turyści przebierają się w tradycyjne tybetańskie stroje, żeby się sfotografować przed starym pałacem Dalajlamy.

Religia jest dziś w Tybecie tolerowana jak w całych Chinach, ale na ściśle określonych zasadach. Klasztory i świątynie służą za turystyczne atrakcje, a agenci dbają, żeby mnisi współpracowali. Jak mieliśmy ostatnio okazję zauważyć, nie całkiem im się to udało - poczucie krzywdy jest u Tybetańczyków zbyt głębokie. W ostatnich tygodniach ta krzywda wypłynęła - najpierw na klasztorne dziedzińce, potem na ulice - skierowana przeciw napływowym Han, sile sprawczej i głównym beneficjentom pochopnej modernizacji.

Dalajlama powtarza raz po raz, że nie żąda niepodległości. Pekin niesłusznie obarcza go winą za akty przemocy. Dopóki jednak Tybet pozostaje częścią Chin, trudno sobie wyobrazić przetrwanie jego kulturalnej odrębności. Sprzysięgły się przeciw niemu przeważające ludzkie i materialne siły. Za mało jest Tybetańczyków, za dużo Chińczyków.

Co innego za granicą. W Tybecie Chińczycy zniszczyli tradycyjny styl życia, ale może podtrzymali go mimowolnie na wychodźstwie. Zmuszając do emigracji Dalajlamę, powołali do życia tybetańską diasporę przestrzegającą form bardziej tradycyjnych od tych, które przetrwałyby w niepodległym Tybecie. Kultury uchodźcze żywią się nostalgicznym marzeniem powrotu. Strzegą zazdrośnie tradycji jako cennego dziedzictwa hołubionego póty, póki żyje marzenie.

I kto powie, że i to marzenie nigdy się nie ziści? Żydzi trwali przy swoim przez niemal dwa tysiące lat.

Przełożył Sergiusz Kowalski

*Ian Buruma uczy o prawach człowieka i demokracji w Bard College w USA. Jego najnowsza książka nosi tytuł "Murder in Amsterdam: The Killing of Theo van Gogh and the Limits of Tolerance" ("Mord w Amsterdamie. Zabójstwo Theo van Gogha i granice tolerancji").

Dla "Gazety Wyborczej" we współpracy z Project Syndicate

Źródło: Gazeta Wyborcza

ręceprecz odtybetu



Szukaj




 

Reklama



2008 Copyright by RęcePrecz odTybetu