Tybet: czerwony dach świata
Jaka była główna przyczyna tego, że Tybet stał się pierwszą ofiarą chińskich komunistów i to zaledwie rok po zdobyciu przez nich władzy w Chinach? Odpowiedź daje pobieżna analiza geopolityczna rejonu Azji Centralnej i Południowej. Płaskowyż Tybetański, od zachodu i południa chroniony przez niedostępne łańcuchy Himalajów, od północy przez tysiące kilometrów stepów i pustynie, a od zachodu przez setki wąwozów, króluje nad Tym rejonem świata. Rozgranicza dwa najludniejsze państwa ziemi, zamieszkałe niemal przez połowę ludzkości. Jego centralne usytuowanie pozwala na dosięgnięci pociskami balistycznymi średniego zasięgu każdego punktu w Azji. Nie ulega wątpliwości, że w przypadku regionalnego konfliktu zbrojnego, największą liczbą strategicznych argumentów dysponować będzie ten, kto kontroluje Tybet. Doskonale wiedział o tym Mao Zetung, nigdy nie zapomnieli o tym również jego następcy
Na przełomie września i sierpnia 2005 nie było w Lhasie budynku, którego frontowej elewacji nie przyozdobiono czerwoną flagą z pięcioma gwiazdami. W ten sposób mieszkańcy Dachu Świata przygotowali się do „świętowania” 40. rocznicy ustanowienia Autonomicznego Regionu Tybetu. Kulminacja obchodów miała miejsce 1 września na placu przed pałacem Dalajlamów, Potalą. Na czele przybyłej z Pekinu liczącej 52 dygnitarzy delegacji stanął Jia Qinglin, przewodniczący Narodowego Komitetu Chińskiej Ludowej Doradczej Konferencji Politycznej i członek Biura Politycznego, czwarta w hierarchii władzy osoba w Państwie Środka.. „Tylko pod przywództwem Komunistycznej Partii Chin, tylko w objęciach ojczystej rodziny, tylko silnie stąpając po drodze socjalizmu, chińskiego socjalizmu, tylko dzięki temu Tybet może cieszyć się dostatkiem dziś i oczekiwać lepszego jutra” napisano w artykule redakcyjnym organu prasowego Komunistycznej Partii Chin, „Dzienniku Ludowym”.
Niestety, zarówno „dostatnie dziś” jak i oczekiwane „lepsze jutro” nie rokują dobrze dla Tybetańczyków, którzy podobne hasła słyszą od pół wieku.
Jesień 2005 roku zamyka w Tybecie pewnego etap. Kolejny etap ewolucji formy chińskiej okupacji. O ile bowiem do końca Rewolucji Kulturalnej orężem było mordowanie, to od lat 80. XX. zastąpiona je destrukcyjną kolonizacją, która uczyniła z Tybetańczyków mniejszość narodową we własnej ojczyźnie. Aby zrozumieć to, co teraz dzieje się w Tybecie, trzeba cofnąć się o 56 lat.
Komunizm rozpoczął się dla Tybetańczyków nie wiele później niż dla Chińczyków. Zaledwie trzy miesiące po proklamowaniu przez Mao Zedonga Chińskiej Republiki Ludowej, 1 stycznia 1950 roku Radio Pekin poinformowało: „W roku 1950 Armia Ludowo-Wyzwoleńcza ma obowiązek oswobodzić Tajwan, Hajnan i Tybet”.
Ponieważ komuniści w złej sprawie rzadko bywają gołosłowni, proces „powrotu Tybetu na łono ojczyzny-matki” rozpoczęto 7 października 1950 roku, czyli zaledwie rok po proklamowaniu ChRL. 85 tysięcy nowocześnie uzbrojonych żołnierzy chińskich wkroczyło do Tybetu. Rząd tybetański mógł przeciwstawić nawałnicy armię liczącą 8,5 tys. żołnierzy dysponujących 50 działami, 250 moździerzami i 200 karabinami maszynowymi. Nieśmiałe protesty Indii oraz anemiczne działania ONZ nie przyniosły żadnego efektu. Do końca 1950 roku Chińczycy „wyzwolili z rąk anglo-amerykańskich imperialistów” wschodnią część kraju. Biorąc pod uwagę, że w tym czasie przebywało w Tybecie dokładnie 6 cudzoziemców, a Tybet był wyizolowany od świata zewnętrznego, nikt nie miał pojęcia kim są ci anglo-amerykańscy imperialiści.
Ponadto wiele niezrozumienia spowodowało słowo „wyzwalać”, którego znaczenie Tybetańczycy odczytywali przez pryzmat swojej religii, „uwolnienia od siebie”. Maoiści zupełnie inaczej rozumieli ten czasownik.
Kontrolę nad pozostałą częścią Tybetu komuniści przejęli w maju 1951 roku, bez jednego wystrzału. Do Pekinu zaproszono delegację reprezentującą rząd tybetański i Dalajlamę. Doszło do groteskowej sytuacji, kiedy na miejscu delegacja otrzymała przygotowane przez Chińczyków kopie tybetańskich pieczęci królewskich i po kilku tygodniach kurtuazyjnych dyskusji została zmuszona do podpisania przygotowanego przez gospodarzy dokumentu. Nazwano go Siedemnastopunktową Ugodą. Już pierwszy punkt stanowił że „Naród tybetański zjednoczy się, usunie z Tybety siły imperialistycznego agresora i powróci na łono wielkiej rodziny należącej do ojczyzny-matki: Chińskiej Republiki Ludowej”. Władze chińskie gwarantowały m .in. zachowanie dotychczasowego ustroju politycznego oraz zakresu władzy Dalajlamy. 26 października 1951 nad Lhasą załopotały po raz pierwszy czerwone flagi.
Do dzisiaj władze w Pekinie argumentują, że Tybet od zawsze był częścią Imperium Chińskiego i z tego powodu wydarzenia z 1950 roku nie były agresją na niezależne państwo. Fakty nie przemawiają jednak za taką intencją tych wydarzeń. Od zjednoczenia państwa tybetańskiego przez króla Songtesna Gampo w pierwszej połowie VII wieku, relacje z chińskim sąsiadem przyjmowały różne formy. Jak w każdej innej części świata, były okresy gdy sąsiedzi zwalczali się oraz żyli w serdecznej przyjaźni, dominowali nad sobą lub prosili o pomoc. Historia toczyła się ze zmiennym szczęściem, bywało, że Chińczycy protegowali Tybet, ale i Tybetańczycy zdobyli stolicę Chin, Xi’an. W VII w., na dowód przyjaźni, księżniczka z cesarskiej dynastii Tang została jedną z pięciu żon króla Gampo, natomiast w XVIII wieku Chińczycy przybyli na wezwanie Tybetańczyków, gdy ci zostali napadnięci przez Nepal.
Długo można by przywoływać wydarzenia, które miały miejsce w tej części Azji, jednak przybliżając problemy ostatniego półwiecza nie wydaje się celowym szczegółowo opisywać trzynaście wieków historii relacji dwóch cywilizacji. Reasumując, należy stwierdzić, że chociaż dawne losy współistnienia Tybetu i Chin pozwalają układać propagandystom Komunistycznej Partii Chin rozmaite tezy o stosunkach pomiędzy tymi państwami, to nie ulega wątpliwości, że od proklamowania przez XIII Dalajlamę i Zgromadzenie Narodowe Tybetu niepodległości w 1913 roku, aż do inwazji chińskiej Tybet był państwem suwerennym według ogólnie przyjętych kryteriów prawa międzynarodowego: posiadał naród, terytorium oraz niezależny rząd, który był zdolny administrować podległe mu terytorium. Chińska propaganda woli opierać się na dających szerokie pole do interpretacji faktach sprzed setek lat zupełnie pomijając te z pierwszej połowy XX wieku.
Jaka była główna przyczyna tego, że Tybet stał się pierwszą ofiarą chińskich komunistów i to zaledwie rok po zdobyciu przez nich władzy w Chinach? Odpowiedź daje pobieżna analiza geopolityczna rejonu Azji Centralnej i Południowej. Płaskowyż Tybetański, od zachodu i południa chroniony przez niedostępne łańcuchy Himalajów, od północy przez tysiące kilometrów stepów i pustynie, a od zachodu przez setki wąwozów, króluje nad Tym rejonem świata. Rozgranicza dwa najludniejsze państwa ziemi, zamieszkałe niemal przez połowę ludzkości. Jego centralne usytuowanie pozwala na dosięgnięci pociskami balistycznymi średniego zasięgu każdego punktu w Azji. Nie ulega wątpliwości, że w przypadku regionalnego konfliktu zbrojnego, największa liczbą strategicznych argumentów dysponować będzie ten, kto kontroluje Tybet.
Doskonale wiedział o tym Mao Zetung, nigdy nie zapomnieli o tym również jego następcy.
Kiedy „powrót Tybetu na łono ojczyzny-matki” stał się faktem, rozpoczęły się represje. Terror wymierzony był przede wszystkim w buddyzm. Komuniści mieli świadomość, że właśnie religia jest najważniejszą częścią tybetańskiej tożsamości. W myśl zasady „religia to trucizna”, chińscy okupanci wytyczyli drogę, która od ateizmu, przez nihilizm wiodła prosto do socjalistycznego raju. Nie mogło to zostać zaakceptowane przez pobożnych tybetańskich górali. Pierwsza duża rebelia wybuchła w 1956, kiedy przeciwko okupantowi zbrojnie wystąpili nomadowie z plemienia Kcampów. Powstanie było szokiem dla komunistów. Pięć lat ideologicznej pracy w Tybecie poniosło totalną klęskę. Reakcją był jeszcze większy terror. Uchodźcy tybetańscy wspominają straszliwe tortury, palenie mnichów żywcem, ścinania głów, grzebanie żywych ludzi... Społeczność międzynarodowa milczała, podobnie jak sześć lat wcześniej.
Notoryczne łamanie Siedemnastopunktowej Ugody z 1951 roku oraz nasilające się ataki wymierzone bezpośrednio w XIV Dalajlamę spowodowały, że musiał on opuścić swoją ojczyznę. Miarka przebrała się w marcu 1959 roku, kiedy zaproszono go do obozu wojskowego w Lhasie, gdzie miał przybyć sam i bez broni. Początkowe wątpliwości co do intencji zapraszających zostały rozwiane kilka dni później, gdy 16 marca na teren letniej rezydencji Dalajlamów Norbulingkha, w której większość czasu spędzał XIV Dalajlama, spadły dwa pociski artyleryjskie. Czasu było już bardzo mało. W nocy z 16/17 marca Dalajlama, przebrany w wojskowy mundur, w największej tajemnicy opuścił Lhasę. Późniejsze wydarzenie pokazały, że decyzja o emigracji była słuszna. Dalajlama uratował się dosłownie w ostatniej chwili, ponieważ 20 marca na rezydencje spadł grad pocisków. Przywódca Tybetańczków, XIV Dalejlama Tendzin Gacco miał wtedy 23 lata.
Nie zobaczył więcej swej ojczyzny. Na miejsce emigracji wybrał miasto Dharamsala na północy Indii, gdzie przebywa po dzień dzisiejszy wraz ze swoim rządem. W tradycyjnej siedzibie Dalajlamy, pałacu Potala, w którym funkcjonowało oprócz niego ponad 2000 innych lamów, mieszka dzisiaj 100 mnichów i 200 żołnierzy chińskich.
Jeden z najczęściej używanych tytułów Dalajlamy brzmi „ocean mądrości”. Niewątpliwie pasuje on do XIV reinkarnacji Dalajlamy. Jego działalność na rzecz pokoju, uhonorowana w 1989 roku Pokojową Nagrodą Nobla, znana jest na całym świecie. Liczne podróże po wielu krajach świata zapobiegły całkowitemu zagłuszeniu dramatu Tybetu. Tendzin Gacco nie poprzestaje na gestach i wielkich słowach, ale podaje konkretne propozycje, jak np. pięciopunktowy plan normalizacji stosunków z Chinami ogłoszony 21 września 1987 na forum Kongresu Stanów Zjednoczonych. Zaproponował wówczas ustanowienie Tybetu zdemilitaryzowaną strefą pokoju, buforem bezpieczeństwa Azji. Dalajlama stwierdził, że w takim przypadku Tybet mógłby pozostać pod chińską protekcją, zgodził się również na prowadzenie polityki zewnętrznej przez Pekin. Oczywiście wszystkie te propozycje zostały zignorowane przez Pekin, a ich efektem były tylko zamieszki w Lhasie.
Przywódca Tybetańczyków cały czas pragnie rozpocząć poważne rozmowy z chińskimi przywódcami. Niestety, regularnie wysyłani przez niego do Chin przedstawiciele zawsze wracają z niczym, gdyż rząd w Pekinie ciągle stawia Dalajlamie dwa wyjściowe warunki: publiczne ogłoszenie Tybetu nieodłączną częścią Chin oraz uznanie Tajwanu za chińską prowincję.
Dla wszystkich mieszkańców Tybetu Jego Świątobliwość XIV Dalajlama pozostaje nadal niekwestionowanym przywódcą. Chociaż w Tybecie istnieje kilka szkół buddyzmu, a Dalajlama stoi na czele tylko jednej z nich, każdy Tybetańczyk otacza go boską czcią i uważa za najwyższy autorytet.
Nie może więc dziwić, że reakcją na atak na rezydencję Norbulingkca w marcu 1959 roku było drugie duże powstanie ludności Tybetu. Usłyszawszy huk wystrzałów, mieszkańcy Lhasy wylęgli na ulice. Chińczycy odpowiedzieli bronią palną. Do pacyfikacji tłumów użyto także czołgów. Kiedy stłumiono protest, rozpoczęły się dotkliwe represje uczestników zajść. Wymownym komentarzem niech będzie zdanie z wydanej w 1984 roku w Pekinie w języku francuskim książki „Tybet wczoraj i dzisiaj”: „[Powstanie 1959 roku] w efekcie przyśpieszyło eksterminację tybetańskich sił reakcyjnych i umożliwiło Tybetowi marsz nową drogą postępu socjalizmu i demokracji”.
Budowa socjalistycznego raju na Dachu Świata została zakończona w 1965 roku – tak przynajmniej twierdziła chińska prasa, kiedy 41 lat temu utworzono Tybetański Region Autonomiczny. Był to ostatni etap administracyjnego przyłączania okupowanego państwa do chińskiego molocha. „Przy okazji” stanowiące około połowy Tybetu wschodnie prowincje Amdo i Kcam włączono do sąsiadujących z nimi chińskich prowincji Yunan, Sichuan, Gansu i Qinghai. W granicach Tybetańskiego Regionu Autonomicznego pozostała tylko jedna trzecia Tybetańczyków.
Na czym polega autonomia Autonomicznego Region? Poza informacją, że na jego czele stoją wspólnie Tybetańczyk i Chińczyk, nawet w oficjalnych chińskich źródłach trudno znaleźć jakiekolwiek inne przywileje. Chińczycy chwalą się, że w granicach Autonomicznego Regionu małżeństwo może mieć dwójkę dzieci, podczas gdy w Chinach maksymalnie dozwolony jest jeden potomek. Kłamstwo polega na tym, że przepis pozwalający na posiadanie dwójki dzieci obowiązuje w całych Chinach i dotyczy każdej pary małżeńskiej, która pochodzi z którejkolwiek z licznych mniejszości narodowych. Należy stwierdzić, że Tybetański Region Autonomiczny jest fikcją, która istnieje tylko na mapach.
Obecnie chińska propaganda, podobnie jak niegdyś radziecka, stara się wszystkie błędy systemu zrzucić na karb jednego „epizodu”. W Związku Radzieckim wypatrzeniem takim miał być „kult jednostki” i będący rzekomo tylko jego konsekwencją stalinowski terror. W Chinach takim epizodem jest nim „rewolucja kulturalna”. Tak jak w ZSRR w drugiej połowie lat 50. wpajano, że całe zło związane było ze stalinizmem, tak samo w Chinach wszystkie nieszczęścia łączone się z dekadą 1966-1976.
Po klęsce „Wielkiego Skoku” w 1959 roku Mao Zedong został odsunięty na boczny tor. Kiedy posunięcia ekonomiczne jego politycznego przeciwnika Liu Shaoqi spowodowały nieznaczne polepszenie dramatycznych warunków życia mieszkańców Chin, Wielki Sternik (jak nazywa się przewodniczącego) zrozumiał, że jedynie gwałtowny atak może zapobiec całkowitemu usunięciu go z gry. W maju 1966 roku Mao wezwał do walki z kontrrewolucją. Do rozbicia politycznych przeciwników wykorzystał setki tysięcy wychowanej, albo raczej wytresowanej, przez siebie młodzieży – tzw. hunwejbinów. Szybko znaleziono wroga: źródłem kontrrewolucji okazała się być kultura. W efekcie, walcząc z prawdziwymi i domniemanymi wrogami Wielkiego Sternika, hunwejbini niszczyli wszystko co miało z nią jakikolwiek związek: od tomów literatury pięknej, przez fortepiany i inne instrumenty muzyczne, po świątynie. Chociaż Mao zrealizował swe cele już w 1969 roku i oficjalnie zakończył wtedy „rewolucję kulturalną”, bandy gwardzistów niszczył i zabijały aż do 1976 roku. Prawdopodobnie nie ma w Chinach rodziny, która nie straciłaby kogoś podczas tych straszliwych dziesięciu lat. Zabitych, po procesie lub bez procesu, nikt nie ewidencjonował. Nie dające się skorygować szacunki mówią o dziesiątkach milionów ofiar. Liczba ta można przewyższać sumę ofiar radzieckich komunistów oraz faszystów.
Demon „rewolucji” szybko dotarł z Pekinu do Tybetu. Pierwszy wielki akt wandalizmu miał miejsce 6 sierpnia 1966 roku: zdewastowano „katedrę Lhasy”, klasztor Dżokang. Zniszczono tam wszystkie figury, święte teksty i przedmioty kultu. Spośród setek kapliczek ocalały zaledwie dwie. W Lhasie zapanowała anarchia, rozpoczęły się walki o władze pomiędzy poszczególnymi grupami czerwonogwardzistów. O kontrrewolucje został oskarżony nawet dowódca stacjonujących w mieście chińskich wojsk. Przeprowadzano „seanse walki klasowej”, które były niemal kopią opisanych przez Georga Orwella w „Roku 1984” „seansów nienawiści”. Splądrowano wszystkie klasztory, większość zrównano z ziemią. Ocalałe cenne przedmioty pakowano i wywożono do Pekinu. Mnichów przepędzano, organizowano im pokazowe procesy, zsyłano do obozów pracy lub mordowano. Pod groźbą najcięższych kar zakazano wszelkich praktyk religijnych. Więzienia w Lhasie pękały w szwach.
Chęć wyniszczenia narodu tybetańskiego sprawiła, że ogrom zniszczeń W Tybecie był większy niż w innych częściach ChRL. Potwierdził to w 1980 roku nawet przewodniczący Komitetu Centralnego KPCh Hu Yaobang, który znalazł w sobie odwagę, aby w imieniu partii i rządu przeprosić Tybetańczyków. Tego aktu samokrytyki nigdy mu nie zapomniano. Po odsunięciu od władzy w 1987 szybko zmarł w niełasce, a jego poglądy podawano jako przykład „zbyt tolerancyjnych”.
Nie są jednak prawdą głoszone przez chińskie kierownictwo zapewnienia, że tylko w czasie strasznej dekady „rewolucji kulturalnej” fizycznie niszczono tybetańską cywilizację. Po śmierci Mao w 1976 roku chińscy komuniści próbowali przedstawiać okres „rewolucji” jako zamkniętą całość, czas błędów, których nie było wcześniej i nigdy później. Prawda ujrzała w światło dzienne w lipcu 1987 roku, kiedy wiceprzewodniczącego Tybetańskiego Regionu Autonomicznego, Buchung Tsering, ujawnił podczas konferencji prasowej wiele mówiące liczby: w 1959 roku istniało w Tybecie 2 700 klasztorów w których mieszkało 114000 mnichów. W przeddzień „rewolucji”, w 1965 roku funkcjonowało już tylko 550 klasztorów. Pozostało w nich zaledwie 6 900 mnichów.
Od 1981 roku, przez sześc lat, czyli tak długo, jak przewodniczącym Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Chin pozostawał wspomniany wcześniej Hu Yaobang, przeciętny Tybetańczyk mógł cieszyć się względnym spokojem. Zezwolono na odbudowę zrównanych z ziemią klasztorów, promowano język tybetański, budowano szkoły. Wszystkie te godne pochwały posunięcia odciągały od meritum – walka z narodem tybetańskim trwała nadał. Hu Yaobang zmienił tylko strategię: zrezygnowano z niszczenia i mordowania na rzecz broni demograficznej. Mający miejsce od początku okupacji proces wtapiania Tybetańczyków w masę Hanów, czyli najliczniejszej grupy narodowościowej Chin, przyspieszył. Według danych Biura Informacyjnego emigracyjnego rządu Tybetu z 1989 roku, w częściach Tybetu wcielonych w 1965 roku do graniczących z nimi chińskich prowincji mieszkało pod koniec lat 80. 7,5 mln Hanów, Tybetańczyków zaś 4,1 mln. Na terenach Autonomicznego Regionu Tybetu żyło 2 mln Chińczyków i 1,9 mln Tybetańczyków.
Analizując te dane trzeba pamiętać, że są to tylko szacunki funkcjonującego za granicą rządu oraz że pochodzą sprzed ponad 15 lat, w czasie których proces sinizacji posunął się daleko do przodu. Dzisiaj kolonizacji sprzyjają nowe drogi komunikacyjne. Być może ostatnim gwoździem do tybetańskiej trumny okaże się linia kolejowa, którą oddano do użytku w październiku ubiegłego roku. Chińczyków zachęca się do migracji do Tybetu licznymi przywilejami, mogą na przykład liczyć na prace z dwukrotnie wyższymi zarobkami niż w Chinach. Cel tych działa jest prosty: sprowadzić liczącą ponad półtora tysięcy lat cywilizację do skansenu.
Odsunięcie Hu Yaobanga, po pierwszej fali studenckich protestów w Chinach w styczniu 1987 roku, pozbawiło złudzeń co do dalszego kursu wobec Tybetu. Na wieść o przemówieniu Dalajlamy w Kongresie USA we wrześniu 1987 roku na ulice starego miasta Lhasy wyszło 26 mnichów z tybetańskimi flagami. Był to pierwszy taki akt od zamieszek podczas „rewolucji kulturalnej”. Wprawdzie mnisi zostali szybko aresztowani, ale władzom nie udało się już zatrzymać ciągu zdarzeń. 1 października podobna manifestacja pociągnęła za sobą tłumy ludzi. Wyprowadzone na ulice wojsko użyło broni. Ile zginęło ludzi, nie wiadomo. 12 października Chińska Agencja Informacyjna donosiła: „Podczas zamieszek 1 października zniszczono 11 aparatów fotograficznych i 3 kamery video, podpalono i zniszczono 11 pojazdów oraz 4 motocykle, kolejne 27 pojazdów uszkodzono lub rozbito. Bezpośrednie straty wynoszą ponad 2 mln yuanów. W czasie zajść około 350 milicjantów zostało rannych, a sześciu straciło życie. Jeden z członków władz lokalnych powiedział: «Garstka osób podburzyła nie znające prawdy masy. Działając w porozumieniu z Dalejlamą, kierującym z zagranicy podziałem ojczyzny-matki. Ich spisek nie powiedzie się nigdy»”. Podane oficjalne dane dają podstawy, by liczbę zabitych demonstrantów szacować w dziesiątkach. Równocześnie zacytowany komunikat dużo mówi o tym, jakie miejsce w komunistycznej hierarchii zajmuje ludzkie życie: daleko za aparatami, kamerami, samochodami i pieniędzmi...
Chcąc zatrzeć złe wrażenia, władze zezwoliły na zorganizowanie w 1988 roku po raz pierwszy od 1966 roku Festiwal Wielkiej Modlitwy. Trwające jedenaście dni uroczystości odbywały się bez zakłóceń aż do ostatniego dnia, 5 marca, kiedy to grupa mnichów przejęła mikrofon z rąk prowadzącego obrzędy i zaczęła wznosić niepodległościowe hasła. Tłum natychmiast przyłączył się. Do akcji wkroczyła milicja i wojsko. Oficjalne dane mówiły o pięciu zabitych, w tym jednym milicjancie, oraz 330 rannych milicjantach. W zajściach miało uczestniczyć 10 000 osób.
Kolejny większy protest miał miejsce 10 grudnia 1988, w 50. rocznice uchwalenia Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Scenariusz był podobny jak w poprzednich przypadkach – kilkudziesięciu lamów wyciągnęło spod swoich opończy narodowe flagi, dołączyli do nich inni ludzie, milicja otwiera ogień. Efekt: 12 zabitych i dziesiątki rannych.
Wystąpienie 5 marca 1989 roku, rozpoczęte tak jak poprzednie, nie dało się natychmiast stłumić. Aby ratować sytuację, w nocy 7/8 marca wprowadzono stan wojenny. Na ulice wyjechały opancerzone pojazdy.
Wszystkie te wydarzenia przechodziły bez echa na świecie. Dopiero masakra na placu Tienanmen 4 czerwca 1989 roku przypomniały o komunizmie w Chinach, dokładnie w dniu, kiedy w sercu Europy Polacy obalali komunistyczy rządy za pomocą kart wyborczych (albo przynajmniej tak im się wydawało).
Lata 90. nie przyniosły kolejnych masowych protestów. Milicjanci i żołnierze, którzy zajęli liczne stanowiska na starym mieści, raz po raz wyłapywali kolejnych mnichów wznoszących niepożądane hasła lub dzierżących zakazaną flagę swojej ojczyzny. Najszerszym echem w czasie ostatnich piętnastu latach odbiła się historia kolejnej reinkarnacji Panczenlamy, najważniejszego po Dalajlamie przywódcy Tybetańczyków.
X Panczenlama 10 lat swojego życia spędził w więzieniu, ponieważ napisał w 1962 roku list do przewodniczącego Mao, w którym opisywał cierpienia swojego narodu. Kiedy powszechnie uważano, że umarł, w 1980 roku odnalazł się w Pekinie. Władze chińskie myśląc, że udało się im skłonić Panczena do współpracy, zezwolono mu na powrót do Tybetu. Niestety, swoimi wypowiedziami raz po raz zawodził komunistów. Pozwolono mu wrócić do ojczyzny dopiero w 1989 roku. W tym samym roku zmarł. Niektórzy uważają, że został otruty.
Po śmierci X Panczelamy zaczęto poszukiwania jego reinkarnacji. Po sześciu latach przedstawiono kandydatów przebywającemu na emigracji Dalajlamie, który – w zgodzie ze zwyczajem – po przeanalizowaniu dostępnych informacji rozpoznał Geduna Czokji Nimę jako XI reinkarnację Panczenlamy. Było to 14 maja 1995 roku. Trzy dni później sześcioletni Gedun Czokji Nima i jego rodzice zniknęli. Przez ostatnich dziesięciu lat nikt ich nie widział. XI Panczenlama uważany jest za najmłodszego więźnia politycznego świata.
Chińczycy wybrali swojego kandydata, Gjalcena Norbu. Dzisiaj ma 16 lat i niebawem – wraz z osiągnięciem pełnoletności – zacznie wykonywać obowiązki Panczena. „Chiński” Panczenlama od początku nie był tolerowany przez zdecydowaną większość Tybetańczyków, którzy pozostali wierni decyzji Dalejlamy. Tymczasem losy Geduna Czokij Nimy pozostają nieznane. Władze w Pekinie utrzymują, że chłopiec jest zdrowy i uczęszcza do szkoły, a jego rodzice nie życzą sobie zakłócania spokoju rodziny.
Ingerencja w wybór Panczenalmy to nie tylko wykpienie wielowiekowej tradycji religijnej poprzez decydowanie o lesie reinkarnacji przez kręgi partii. Ten przypadek to jawne pogwałcenie Konwencji Praw Dziecka, która została podpisana przez Chiny w 1990 roku i ratyfikowana dwa lata później. Chociaż podejmowane są liczne akcje wysyłania petycji, a ostatnio sprawa została poruszona na 57. Sesji Podkomisji ONZ ds. Promocji i Ochrony Praw Człowieka (25 lipca - 12 sierpnia 2005), władze chińskie nie przedstawiły nawet jednoznacznych dowodów, że Gedun Czokiji Nima żyje.
Po czerwcu 1989 roku chińskie kierownictwo przyjęło strategię „chwytania oburącz”, czyli ścisłej kontroli politycznej z jednej strony oraz opartego na własności systemu gospodarczego z drugiej strony.
Nie jest to novum w komunistycznej praktyce – już w latach dwudziestych przeprowadzono podobny eksperyment w ZSRR pod nazwą NEP. Różnicą, dzięki której system ten utrzymuje się ciągle w Chinach jest otwarcie rynku na zagranicę.
Na zmianach zyskały najwięcej duże miasta, przede wszystkim Szanghaj i Pekin. Sytuacja na prowincji nie uległa zbytniej poprawie. Tym bardziej nie polepszyło się w Tybecie, który był i nadal pozostaje najbiedniejszą częścią państwa chińskiego. Wprawdzie komunistyczni dygnitarze przywołują milionowe kwoty yuanów wydanych na rozwój oraz rozmaite wskaźniki sugerujące poprawę sytuacji gospodarczej, ale każdemu kto był w Lhasie trudno w to uwierzyć. Jedyna duża inwestycja, która jest widoczna w pobliżu stolicy Tybetu, to otwarta w ostatnich dniach sierpnia (termin nieprzypadkowo zbiegł się z 40. rocznicą utworzenia Tybetańskiego Regionu Autonomicznego) nowa droga na lotnisko. Wszelkich złudzeń pozbawia zatrzymanie samochodu w przypadkowej wiosce – nawet w odległości kilkunastu kilometrów od stolicy. Lepianki, oczywiście pozbawione kanalizacji, służą za mieszkanie ludziom i zwierzętom. Życie wewnątrz „domostw” opiera się na sprzęcie zaimprowizowanym z tego, co można zleźć pod ręką: kawałku druta, drewna... Jako źródło ciepła służą zasuszone odchody jaków. Godnym podziwu jest fakt, że nawet jeżeli w takiej lepiance znajdują się tylko dwie izdebki, jedna z nich zawsze pozostawiona jest wyłącznie jako miejsce na modlitwę.
Chińscy okupanci od 65 lat mówią o rozwoju ekonomicznym jako priorytecie. Konieczność poprawy warunków bytu mieszkańców Tybetu była jednym z argumentów, który miał usprawiedliwiać inwazję. Nic nie wskazuje na to, że nawet w dalszej perspektywie dramatyczna sytuacja ulegnie zmianie. Poczyniona w czasie uroczystości 40. lecia obietnica darowania kolektora słonecznego służącego do podgrzewania wody każdemu gospodarstwu jest po prostu cynizmem.
Obecność Chińczyków szkodzi nie tylko mieszkańcom Dachu Świata, ale i jego środowisku naturalnemu. Płaskowyż Tybetański stał się głównym składowiskiem wytwarzanych przez Chiny śmieci atomowych. Co gorsza, trafiają tu również podobne odpady z innych krajów, które podpisały z Chinami umowę o ich składowaniu.
Chińska Republika Ludowa jest dzisiaj mocarstwem militarnym, a co istotniejsze, ma do zaoferowania tanią siłę roboczą. Mając na uwadze te dwa aspekty, żadne państwo na świecie nie podnosi oficjalnie kwestii Tybetu, co najwyżej nieśmiało wspominając o łamaniu praw człowieka. Propozycje Francji i Niemiec, aby znieść embargo na handel bronią z Chinami nałożone przez Unie Europejską po masakrze na palcu Tienanmen,nie może dziwić, jeżeli jest się świadomym egoizmu z jakim rządy tych krajów dążą do realizacji własnych interesów.
W tym samym czasie u stóp Himalajów umiera cywilizacja i ginie naród. Socjalistyczny raj, w którym wszyscy mają być równi wymaga, aby wszyscy byli tacy sami. Barwna nacja tybetańska, mieniąca się purpurowymi opończami mnichów i złotymi haftami noworocznych czapek mieszkańców Lhasy musi zostać zunifikowana z czerwoną chińską masą.
W marcu 2005 roku, w czasie przemówienia związanego z 46. rocznicą narodowego powstania w Tybecie, Dalajlama stwierdził: „W tym roku chiński rząd obchodzić będzie czterdziestą rocznicę utworzenia Tybetańskiego Regionu Autonomicznego. Uczci to fanfarami i licznymi uroczystościami, będą one jednak pozbawione treści, nie odzwierciedlając rzeczywistej sytuacji. W swoim czasie, na przykład, z wielką pompą sławiono, jako prawdziwe osiągnięcia, kampanię wielkiego skoku i rewolucję kulturalną.” Ocean Mądrości nie mylił się.
Nie mylił się również inny przywódca religijny, który już 1891 roku napisał o socjalizmie: „Oprócz niesprawiedliwości sprowadziłby ten system jeszcze bez wątpienia zamieszanie i przewrót całego ustroju, za czym by przyszła twarda i okrutna niewola obywateli. Otwarłaby się brama zawiściom wzajemnym, swarom i niezgodom; po odjęciu bodźca do pracy jednostkowym talentom i zapobiegliwościom wyschłyby same źródła bogactw; równość zaś, o której marzą socjaliści, nie byłaby czym innym, jak zrównaniem wszystkich ludzi w niedoli.” Słowa te pochodzą z encykliki Leona XIII Rerum novarum. Niech smutny przykład Tybetu nie pozwoli zapomnieć o tym, że są prawdziwe.
Maciej Drogoń
Źródła:
Tybet - życie czy zagłada? Pierre-Antoine Donnet, Warszawa 1999
Tibetan history Chenqingyin, Series of Basic Information of Tibet of China. Cina Interncontinental Press
http://ratujtybet.org/
http://www.hfhrpol.waw.pl/tybet/
http://www.chinadaily.com.pl/
http://www.cnn.com/
http://www.bbc.com/
ZA: http://www.krzyk.org.pl/artykul_tybet_czerwony_dach_swiata

